O muzyce i blogerkach modowych rozmawiamy z wiceszefem MSN-u Marcelem Andino Velezem

Sytuacja muzeum idealnie odpowiada kondycji czasów, w jakich żyjemy. Szukanie lokum, brak stabilności – to wszystko problemy, które budują więź między nami a publicznością, twierdzi wiceszef MSN-u Marcel Andino Velez i podkreśla, że siła muzeum tkwi w haśle „dużo różnych rzeczy dla wielu różnych ludzi”.

Blogerki modowe leżące na parapetach, raperzy pozujący na tle prac z wystawy symboli i grafik oraz młode dziewczyny robiące sobie selfie ze zdjęciami Rydet. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że #muzeumsztukinowoczesnej przyniesie mi takie odkrycia. Jak to się stało, że staliście się najmodniejszą instytucją kultury?

Pozdrawiamy wszystkie blogerki modowe! Faktycznie, bardzo nas sobie upodobały! A serio, to chyba odpowiedź na twoje pytanie brzmi tak: albo robisz coś, żeby przypodobać się ludziom i trafić w ich gust, albo starasz się  robić coś, co uważasz za ważne, do czego masz przekonanie. i czekasz, aż ludzie pójdą za tobą, zainteresują się tym, co masz do powiedzenia. Tworząc nową instytucję, mieliśmy dwie drogi. Pierwsza to nastawienie się na oczywistą popularność, robienie rzeczy łatwych, świadomie podkręconych, na które można nabrać media. Z kolei druga to konsekwentne stawianie na jakość, stawianie publiczności wyzwań. Z naszej obserwacji wynika, że pierwsza droga prowadzi donikąd. Kiedy zaczynaliśmy działać tu, na Pańskiej 3, za Emilią, była to ruina bez toalet. W takich warunkach nie było sensu robić miejsca dla wszystkich, więc zajęliśmy się rzeczami ważnymi dla nas.

Minęło siedem lat i wszystko jest już na miejscu, i to z nadwyżką, bo zakładam, że takiej popularności nie mieliście w planach.

W planach to był gmach Muzeum na placu Defilad, który miał być gotowy na 2012 r. Początkowo pracowało u nas pięć osób, nie mieliśmy prądu, a jako państwowa instytucja musieliśmy wypełniać różne absurdalne dokumenty, np. założenia, ile sprzedamy biletów w 2015 r.

Czyli popularność była wpisana w rubryczkę?

Naszym ogólnym założeniem nie było budowanie popularności, ale znaczeń. Najważniejsza była odpowiedź na pytanie, czym muzeum ma się zajmować, a dopiero potem przekonanie do tego widza. Dziś mamy poczucie, że tamta antypopulistyczna strategia się opłaciła. W tym roku szczególnie to widać.

Był jakiś moment przełomowy, w którym faktycznie wasza koncepcja „zaskoczyła”?

Ciągła zmiana, ciągłe adaptowanie się do nowej sytuacji sprawia, że trudno wskazać jeden moment. Muzeum zaczęło swoją działalność z myślą, że wkrótce przeniesie się do nowego budynku zaprojektowanego przez Kereza. Wiatr historii zdmuchnął tamten projekt, a my musieliśmy działać dalej. Według nowego planu, którego nikt wcześniej nie brał pod uwagę. Ale myślę, że z punktu widzenia widzów takim momentem na pewno było rozpoczęcie naszej działalności w Emilce. To, że udało nam się zdobyć tak niesamowite miejsce, jest dużą częścią naszego sukcesu. Co zabawne, to absolutny przypadek. To zresztą też dobrze pokazuje dynamikę tego projektu. Nikt by tego nie wymyślił. Dostać modernistyczny budynek, transparentny, demokratyczny, z atrium na spotkania w samym jego sercu. Można było marzyć o takiej sytuacji, a ona po prostu się wydarzyła.

Dzięki ochroniarzowi.

To prawda. Kiedy w 2009 r. zrobiliśmy tam pierwszą wystawę z cyklu „Warszawa w budowie”, nawet przez myśl nam nie przeszło, że kiedyś budynek stanie się naszą siedzibą. Kilka lat później nasz ochroniarz, który chodził często na papierosy z załogą tamtego budynku, powiedział mi, że Emilka jest do wynajęcia. Najpierw nie chciałem wierzyć, ale sprawdziliśmy wszystkie informacje i faktycznie okazało się, że spółka chce budynek wynająć. Zadziałaliśmy szybko i po kilku miesiącach mieliśmy już umowę najmu. Również dzięki temu, że cała sytuacja zbiegła się z porzuceniem przez władze Warszawy projektu Kereza. Trzeba było wymyślić coś na przeczekanie. To była doraźna, bardzo spontaniczna decyzja. Kolejny traf chciał, że spółka w międzyczasie została sprywatyzowana i kupił ją dość agresywny deweloper, który postanowił nas wyrzucić i zacząć budowę wieżowca. Momentem, w którym wiele osób się o nas dowiedziało, był właśnie skandal związany z próbą wyrzucenia nas w przededniu otwarcia wystawy „Miasto na sprzedaż” opowiadającej o reklamie w przestrzeni miejskiej. Muzeum, co jest sytuacją raczej rzadką, trafiło na pierwsze strony gazet i do telewizji.

Czyli na waszą popularność składa się też wasza ciągła bezdomność.

Faktycznie jest to never ending story, a przy tym nasze problemy są bardzo współczesne. Sytuacja muzeum idealnie odpowiada kondycji czasów, w jakich żyjemy. Myślę, że dlatego ludzie traktują MSN jako coś swojego. Muzeum to duża państwowa instytucja, która ma się zajmować czymś poważnym, a jej perypetie są żywcem wzięte z życia każdego z nas. Szukanie lokum, brak stabilności –  to wszystko problemy, które budują więź między nami a publicznością.

Tylko że wy osiągacie sukces, a przeciętny człowiek borykający się z takimi problemami raczej nie ma takich szans. Wciąż wracam do tego samego pytania, ale nadal nie dowiedziałam się, co sprawia, że to do was ustawiają się kilometrowe kolejki, a pod Zachętą ich nie ma. 

Przesadzasz. Widzę na co dzień, że wszystkie instytucje zajmujące się sztuką w Warszawie są równie popularne, oferta dla widzów jest rewelacyjna i ludzie po prostu zaczęli masowo chodzić na wystawy. Zapewniam cię, że Zachęta ma swoich zagorzałych fanów, dla pewnych kręgów jest też miejscem bardziej snobistycznym niż nasza Emilia, bo u nas czerwony dywan za bardzo do niczego nie pasuje.  Ale na pewno jest tak, że przez sprawę budowy gmachu Muzeum na placu Defilad, przez nasze perypetie i przez to, że jesteśmy instytucją nową, mamy bardziej wyrazistą, współczesną osobowość. Muzeum faktycznie jest podmiotem, ma swoją tożsamość, zabiera głos nie tylko w sprawach związanych ze sztuką. Chcemy opowiadać o zmianach i sami podlegamy ciągłej zmianie. Spora część naszego programu to rzeczy, które proponują nam osoby z zewnątrz. U nas nie płaci się za bilety, z łatwością można też zorganizować tu swoje wydarzenie. Oddajemy muzeum ludziom i pewnie dlatego wiele środowisk zwróciło się w naszą stronę.

Myślę, że udało nam się bardzo rozszerzyć pojęcie „muzeum”. Jesteśmy przede wszystkim instytucją publiczną, instytucją spraw publicznych. To widać na przykładzie festiwalu Warszawa w Budowie – przyciąga on wszystkich zainteresowanych miastem w jego różnych przejawach: architektonicznym, ekonomicznym, politycznym społecznym.

Czym jest to środowisko MSN-u?

Kiedyś próbowaliśmy zdefiniować, czym jest nasze muzeum. Najlepsza odpowiedź brzmi, że to bardzo wiele różnych rzeczy dla bardzo różnych ludzi. Myślę, że udało nam się bardzo rozszerzyć pojęcie „muzeum”. Jesteśmy przede wszystkim instytucją publiczną, instytucją spraw publicznych. To widać dobrze na przykładzie festiwalu Warszawa w Budowie – przyciąga on wszystkich zainteresowanych miastem w jego różnych przejawach: architektonicznym, ekonomicznym, politycznym, społecznym. Nie sądzę, by istniało jedno środowisko MSN-u. A niestety, nawet jeśli cieszymy się teraz dużą popularnością, to nadal i my, i nasi fani pozostajemy małą grupką ludzi. Na tyle małą, że nie jesteśmy w stanie obronić Emilii przed zburzeniem.

Skąd ten nagły wzrost zainteresowania sztuką?

On nie jest nagły, to proces. Warszawa w ostatnich latach naprawdę stała się metropolią europejską. Oczywiście wiele osób irytuje się, jak to słyszy, bo nasze miasto kanibalizuje potencjał twórczy, społeczny czy finansowy całego kraju. To jest złe dla Polski, ale jest świetne dla Warszawy. To miasto niesłychanie dużo oferuje, zassało setki tysięcy ambitnych, wykształconych ludzi. Kilkanaście lat temu chodzenie do Zachęty czy CSW było nawykiem wąskiej grupy humanistów, teraz przychodzą do nas chociażby wspominane przez ciebie blogerki modowe.

I ustawiają się w gigantycznej kolejce. To, co działo się przy okazji otwarcia wystawy Wróblewskiego w lutym tego roku, zaskoczyło mnie.

W tym przypadku zadziałały trzy rzeczy. Po pierwsze, ludziom szalenie poszerzają się horyzonty: jedni podróżują, inni interesują się winem, część zdrowo się odżywia, część biega, część jeździ na rowerach. Ludzie śmielej kształtują swoje życie, więc i śmielej chodzą do muzeów. Po drugie, Wróblewski to jednak klasyczne malarstwo, które nie budzi lęków. Po trzecie, to po prostu najlepsza polska sztuka, która nadal jest aktualna. Ale znów – wystawę obejrzało 55 tysięcy, to bardzo dużo jak na polskie warunki, ale nadal nie jest to masowe uczestnictwo. Znamienny wydaje się też fakt, że kiedy szukaliśmy sponsora wystawy Wróblewskiego, to wszystkie firmy nam odmawiały, argumentując, „że to smutne i o wojnie”.

To smutne i wiele tłumaczy.

Chociażby to, dlaczego gospodarka w naszym kraju jest tak mało innowacyjna. To jednak osobna kwestia. Jeśli chodzi o popularność i większe zainteresowanie sztuką, to jako antropolog kultury mam jeszcze jedną obserwację. Tłumaczącą też to, dlaczego tak namiętnie fotografujemy się w muzeum.

Czyli wracamy do początku i modnego hasztaga.

Do obrazka raczej. Jak wiadomo, współczesna kultura jest obrazkowa. Internet jest rzeczywistością obrazkową. Wejście do muzeum, a zwłaszcza tutaj, gdzie ta architektura jest taka otwarta, daje nam poczucie, jakbyśmy weszli do internetu. Szczególnie w Emilii, gdzie różne dziwne obiekty zewsząd nas otaczają. Robiąc sobie tu zdjęcie, stajemy się po trosze swoimi własnymi kuratorami, wkładamy się do świata obrazków. Tego nie można osiągnąć ani w kinie, ani w teatrze. Tylko wystawa jest w stanie dać ci iluzję, że jesteś w obrazkowym świecie. Myślę też, że dlatego ludzie czują się tu pewnie i chętnie fotografują. Nawet jeśli czasem nie mają pojęcia, „co artysta miał na myśli”. Nie oszukujmy się, duża część nie ma, ale i tak robi pożytek z tej przestrzeni.

Czyli trochę nieważne po co, wa<żne, żeby się otagować?

Robienie sobie zdjęć to też rodzaj oswajania się ze sztuką. Wizyta w muzeum nie jest tylko po to, żeby dowiedzieć się, kiedy urodził się artysta i jaką stworzył pracę. Sztuka to treść. Jeśli wchodzisz w nią, dobudowujesz swoją część, robisz to, czego poniekąd artysta sobie życzy.

Robienie selfie macie przepracowane. A czy jest coś, co w tej nagłej popularności mogłoby być ryzykowne?

Nie wydaje mi się, bo jak już mówiłem, nie robimy rzeczy pod publiczkę. Widz jest dla nas ważny, ale nie docieramy do niego przez marketing, nie zastanawiamy się, co mu się może spodobać. Próbujemy dawać ludziom rzeczy nieoczekiwane, to, co naszym zdaniem jest ważne. Nie mamy dostarczać ludziom uciechy, bo od tego jest biznes rozrywkowy. My mamy pomagać w radzeniu sobie ze światem. Taka jest nasza misja. Świat jest strasznie skomplikowany, publiczna instytucja sztuki ma dawać ludziom narzędzia, żeby ten świat zrozumieć. Bez takich narzędzi byśmy wszyscy zwariowali.

W obecnej sytuacji politycznej i tak nam to grozi.

Mamy świadomość, że w każdej chwili możemy rozstać się z tym projektem. I to jest też coś, co daje nam napęd do działania. Nie jesteśmy przyspawani do tego miejsca, w każdej chwili wiatr historii może nas stąd zdmuchnąć, dlatego nasz program jest taki bogaty, intensywny.  Ciągle gnamy do przodu, żeby potem nie żałować, że czegoś nie zrobiliśmy. Nie poświęcamy czasu na pierdoły i to daje napęd do pracy.