Droga do zatracenia – wywiad z RYSY

Za sprawą swoich euforycznych, acz melancholijnych elektronicznych piosenek duet Rysy przerwał  passę hiphopowców, którzy od pięciu lat zgarniali Nocnego Marka w kategorii Artysta Roku. O tym, skąd zespół grający od ledwie trzech kwartałów ma tak liczną i oddaną grupę fanów, staramy się dowiedzieć od samych zainteresowanych. Bo choć produkcje Wojtka Urbańskiego i Łukasza Stachurki grane są w radiu, goszczą na festiwalach i mieszczą się w szerokich ramach współczesnego popu, to nić wiążąca ich ze słuchaczami jest dużo bardziej poplątana, niż to zwykle w głównym nurcie bywa.

Wojtek, pamiętam, że gdy widzieliśmy się kilka miesięcy przed wydaniem waszego pierwszego singla, mówiłeś mi, że komercyjne zlecenia muzyczne pochłaniają cię na tyle, że nie robisz nic swojego.

 Wojtek Urbański: Rzeczywiście, tak się złożyło, że dawno temu robiłem rzeczy stricte artystyczne, a potem tak mocno wszedłem w świat muzyki komercyjnej, że nie miałem czasu nagrywać niczego dla siebie. W pewnym momencie uświadomiłem sobie po prostu, że jeśli w ogóle chcę mieć kontakt z muzyką, to muszę na niej zacząć zarabiać. A że z samych projektów artystycznych nie dało się żyć, to gdy nadarzyła się okazja pracy komercyjnej – skorzystałem z niej. Ten świat pochłonął mnie na parę lat, bo wymaga stuprocentowego zaangażowania – jeśli raz odmówisz agencji, z którą pracujesz, mogą więcej nie zadzwonić. I trochę przez ten czas zapomniałem o moich własnych projektach, ale wciąż miałem frustrę, bo widziałem, co koledzy robili, co wydawało U Know Me. A ja tylko rozmawiałem o swoim materiale i nigdy nie miałem czasu nic skończyć.

 

Ludzie z agencji reklamowych często mówią o tym, że się wypalają przez lata takiej pracy. Pojęcie burn outu przyjęło się też w języku polskim.

 

Wojtek Urbański: Ja w świecie komercyjnym nieźle się odnalazłem. Miałem szczęście do fajnych projektów i kreatywnych ludzi, rozwijałem się i nigdy takiego modelowego przesytu nie odczułem. Ten czas dużo mi dał – nauczył mnie choćby tak fajnej umiejętności jak wcześniejsze projektowanie tego, co ma później powstać. Wielu muzyków, którzy działają tylko na poziomie artystycznym, włącza sprzęty i patrzy, co im wyjdzie. Ja działam według planu. Kiedyś przeczytałem wywiad z Björk, która mówiła, że u niej nic nie dzieje się samo, że podąża według koncepcji, realizuje swój wcześniejszy pomysł. Świat reklamy to projekty, które zlecane są nagle i z którymi musisz się mierzyć na bieżąco. Są bardzo różne – tu masz zrobić coś na orkiestrę, tu coś bardziej techno, z taką emocją czy inną. To często prawdziwe wyzwania. Trzeba zrobić np. rockowy kawałek ze śląskim motywem, który będzie podniosły, a na koniec smutny, więc siadasz i go wymyślasz. To jedna z rzeczy, których nauczyłem się w pracy komercyjnej. Druga to kwestie stricte produkcyjne – sound design, kreowanie brzmień i emocji, postprodukcja. To+ bardzo pomocne przy robieniu „moich” rzeczy. Bo wciąż jest w tym twórcza radość i dzika energia, ale okazuje się, że możesz to robić świadomie. Jako kompozytor czy producent pracujący dla telewizji zrobiłem ogromne postępy.

 

Łukasz, ty przez ten czas pracowałeś na etat i po godzinach robiłeś muzykę jako Sonar Soul, grałeś imprezy, wydawałeś w U Know Me.

 

Łukasz Stachurko: Moja metoda pracy jest zupełnie inna niż Wojtka. Produkuję od ponad 15 lat, ale nigdy nie robiłem nic na zlecenie i zawsze opierałem się na intuicji. Staram się stworzyć warunki, wprowadzić się w odpowiedni stan, ale to, co dzieje się potem, jest tylko pośrednio zależne ode mnie. Jestem czymś w rodzaju przekaźnika, który łapie momenty, układa je w sekwencje, a potem przesiewa efekty tego procesu. Taki sposób działania jest dla mnie naturalny. Nigdy tego nie planowałem, ale z czasem odkryłem, że takie podejście przynosi najlepsze efekty i nauczyło mnie też współpracować z innymi muzykami. W Rysach nie ma lidera, ale w Sonar Soul stałem się kimś w rodzaju kierownika artystycznego, który dobiera ludzi do zadań, traktuje ich nagrania jak sample. Sampling od zawsze był moim głównym narzędziem twórczym. Pozwala mi utrzymać wysoki poziom entuzjazmu i ustrzec się przed nudą. A w międzyczasie odkryłem, że zdecydowanie lepsze efekty niż zgłębianie wiedzy muzycznej daje mi rozwój na innych płaszczyznach. Słuchałem ogromnej ilości muzyki, stałem się kinomaniakiem, aż w końcu odkryłem architekturę modernistyczną, która otworzyła mi oczy na formę, funkcjonalizm i minimalizm. Przez dwa lata praktycznie zarzuciłem produkcję na rzecz poznawania tajników architektury. Chłonąłem manifesty modernistów, odkrywając, jak wiele tych treści pokrywa się z tym, czego nauczyłem się jako muzyk. Zająłem się aranżacją przestrzeni, zarabiałem na tym i czerpałem z tego przyjemność. Wtedy dopiero wróciłem do muzyki i zacząłem wykorzystywać w niej nową wiedzę – nadawać abstrakcyjnym formom dźwiękowym nowe funkcje. Od lat też jestem profesjonalnym didżejem. W obrębie tej profesji rola muzyki jest ściśle określona, a lata pracy w zawodzie nauczyły mnie dawania ludziom, poprzez odpowiednią selekcję, dokładnie tego, czego potrzebują.

 

Trudno było znaleźć punkt wspólny tych podejść?

 

Łukasz Stachurko: Różnice często się przyciągają i taka zbitka może przynieść znakomite efekty. Spotkaliśmy się z Wojtkiem na przysłowiowej barykadzie, ale choć doszliśmy na nią z różnych stron, to jednak wrażliwość i poczucie estetyki mamy bardzo podobne. Ja pracowałem w Mordorze, projektowałem wnętrza, grałem imprezy i po godzinach, spragniony własnej muzyki, komponowałem swoje rzeczy, w których pierdoliły mnie cudze wymagania. Natomiast Wojtek po całym dniu robienia reklam, muzy i dźwięków pod czyjeś dyktando wracał do domu obejrzeć film i odpocząć od głośników. Nie miał tego entuzjazmu i dlatego nasze spotkanie było takie ważne. Ja mówiłem:„dawaj ziom, robimy, ty weź się nie marnuj chłopaku”, a Wojtek mówił: „dobra, ale wchodzimy w to totalnie, robimy zawodowy projekt na dużą skalę”. Poznaliśmy się w tym fajnym momencie – ja rzuciłem robotę, a Wojtek zaczął odrzucać kolejne zlecenia.

 

Czekaj, rzuciliście robotę już na wstępie, zanim zaczęliście nagrywać?

 

Łukasz Stachurko: Najpierw obaj wzięliśmy w grudniu urlopy. Ja zacząłem rozmawiać o ewentualnym zwolnieniu (co poskutkowało podwyżką!), a Wojtek ściemnił agencjom, że wyjeżdża i nie może tym razem (bo zawsze mógł) wziąć ze sobą komputera. Wtedy  przez dwa tygodnie robiliśmy tylko muzykę. Za drugim razem coś takiego musieliśmy już zrobić na większej ściemie – jakieś L4, zwolnienia i po tych dwóch turnusach zorientowaliśmy się, że wychodzi nam tak fajny projekt i tak bardzo chcemy się w niego zaangażować, że siłą rzeczy powoli zaczęliśmy pracę olewać. Coraz więcej urlopów, coraz mniej zleceń, zaczęliśmy popadać w długi i nagle w lutym czy marcu, kiedy już jechaliśmy na pożyczkach, wydaliśmy pierwszy singiel i… to był megastrzał. Ludzie się zainteresowali, pojawił się manager, zaczęliśmy grać koncerty. Wtedy powiedzieliśmy sobie, że albo zagramy na pół gwizdka, w końcu zmęczymy się i zniechęcimy, albo pójdziemy w to na całość. W marcu ja zwolniłem się z pracy w korpo, a Wojtek napisał do swoich klientów, że mu przykro, ale zawiesza współpracę i chce zająć się zespołem.

 

Z perspektywy czasu łatwo powiedzieć, że było warto, ale jak wtedy się z tym czuliście?

 

Wojtek Urbański: Nie było łatwo – nagle mieliśmy w cholerę czasu i mogliśmy codziennie pracować nad naszą muzyką. Wszystko postawiliśmy na jedną kartę, co brzmi trochę jak jakaś filmowa historia, ale tak to rzeczywiście wyglądało. Od marca do czerwca spędziliśmy nad płytą naprawdę mnóstwo czasu, napierdalaliśmy codziennie jakieś dzikie godziny, zapominając o sobie i świecie. Cel był najważniejszy. Ja w pewnym momencie dostałem depresji z przemęczenia, musiałem sobie zrobić przerwę i na miesiąc wyjechałem za granicę. A potem znów uzbroiliśmy się w arsenał czasu i odlatywaliśmy w kosmos. Powstało w sumie 20 kawałków, odrzuciliśmy dziesięć, a te pozostałe katowaliśmy dzień w dzień, noc w noc, chorowaliśmy nawet w tych samych momentach. Była jedna taka noc, że odwoziłem Łukasza na pogotowie z gorączką, a dwa dni później on – już na antybiotykach – odwoził mnie w podobnym stanie do tego samego szpitala, gdzie ci sami lekarze nieźle się zdziwili. To był projekt totalny, wypięcie się na resztę świata. Łatwo mi o tym mówić z perspektywy czasu, kiedy wszystko się udało – mamy mnóstwo koncertów, zaplanowanych nawet na przyszły rok, i możemy z tego żyć, ale było dużo strachu, co będzie, jak to nie wypali. Rzuciliśmy wszystko, ale to wszystko, co robiliśmy wcześniej, dziś po sukcesie Rys doceniło nas jeszcze bardziej. W mojej sounddesignerskiej robocie mam dziś nowe zlecenia, bo ktoś chce „Wojtka z Rys”, a klienci Łukasza pytają, czy mógłby skomponować im dźwięk dzwonka do mieszkania. To wróciło, tylko bardziej na naszych zasadach.

 

Wasze wcześniejsze produkcje nie były tak piosenkowe. Ten popowy sznyt Rys nie wynika przypadkiem z tego, że postawiliście wszystko na jedną kartę?

 

Wojtek: Nie, mieliśmy takie założenie, zanim jeszcze zdecydowaliśmy się rzucić pracę. Obaj byliśmy zawsze takimi półpopowymi gośćmi. Ja uwielbiam piękne słodkie melodyjki i rozczulam się przy muzyce z „Amelii”. Odjeżdżam też przy Cristianie Voglu, mam jego całą dyskografię.

 

Łukasz: A ja też to mam jako didżej – kiedy gram imprezy, to nie boję się wiksy. Lubię mieć pełny parkiet, ale nie muszę się specjalnie naginać, żeby zagrać hit. Uwielbiam wyszukane produkcje z R&S Records, ale nie boję się zagrać Azalii Banks czy Beach Boys, bo też to lubię. Obaj mamy w sobie taki rys, jesteśmy gdzieś w pół drogi pomiędzy eksperymentem a popem.

 

A czy cały ten dzisiejszy – szczególnie zagraniczny – pop nie jest gdzieś w pół tej drogi?

 

Łukasz: To się wciąż zmienia, ale – szczególnie w Polsce – to dzieje się bardzo powoli. Na świeczniku nie ma jeszcze tego nowoczesnego, polskiego, elektronicznego popu, jeszcze się nie przebił. W radiu czy telewizji mamy wciąż dużo komercyjnego, chałowego grania, ale to będzie się zmieniać wraz ze wzrostem zainteresowania produkcją muzyki i tym, że coraz więcej ludzi się nią zajmuje. Kombinują sobie coś samemu w sypialni czy z ekipą w zespole. Pop zacznie być fajny, gdy olejemy te wszystkie złożone kompozycje, szkoły muzyczne i gości, którzy mają za sobą 30 lat grania na pianinie i uważają, że tylko oni mają prawo do robienia muzyki. Gdy dojdą do głosu ludzie, którzy robią muzykę, bo po prostu ją czują.

 

Wojtek: To będą proste melodie – trzy dźwięki na krzyż, ale tak wyprodukowane i tak brzmiące, że od razu wpadną w ucho i jednocześnie będą ciekawe i eksperymentalne. Konkretne proste emocje, nie zagrane na gitarze czy perkusji, ale wyklikane z jakimś dziwnym pogłosem i syntezatorową partią w tle. Numery Mount Kimbie czy Caribou, jak się przełoży na nuty, to superproste motywy – te wspomniane trzy dźwięki na krzyż, ale brzmieniowo są to piękne, ciekawe światy. Wydaje mi się, że tędy właśnie droga; ten pop będzie brzmiał jak muzyka z kosmosu, ale emocjonalnie i muzycznie będzie jak dobry stary pop sprzed 50 lat, jak te cztery akordy Beatlesów.

 

Jak w Rysach…

 

Wojtek: W Rysach są proste melodie, bez żadnej napinki. Żaden z nas nie jest wykształcony muzycznie i nie mamy ambicji, żeby prowadzić progresje w jakiś niezwykle ciekawy sposób, łamać konwencje, przecierać szlaki i wysyłać list tylko do tych, którzy potrafią go odczytać. Interesuje nas prosty sygnał, który potrafią zdekodować wszyscy – proste melodie,  jeden dźwięk i konkretna emocja. To takie trudne do opisania, nieco depresyjne uczucie smutku połączonego z nadzieją, emocja zawieszona gdzieś pomiędzy melancholią a euforią, trochę jakbyś poniósł właśnie ogromną porażkę, ale myślał sobie: „ja i tak sobie z tym poradzę i od dziś już zaczynam coś robić”. Po nagraniu całej płyty próbowaliśmy sobie jakoś ją nazwać i lepiej zrozumieć i wyszło na to, że właśnie wokół tego uczucia oscyluje większość utworów.

 

Łukasz: Obaj jesteśmy bardzo wrażliwi, co bywa problemem towarzyskim, obaj mamy paznokcie obgryzione do krwi i swoje jazdy. To było w Rysach bardzo ważne. Wydaje mi się, że poza wsparciem Justyny (Święs, wokalistka, połowa duetu The Dumplings, która zaśpiewała w niektórych kawałkach Rys – przyp. red.), dobrym managerem i kilkoma innymi czynnikami to ta emocjonalność sprawiła, że ten projekt jest sukcesem. Ludzie, włączając naszą muzykę, też o czymś marzą i zastanawiają się nad swoimi problemami. Zawsze tak mieliśmy, że gdy mamy ochotę na słodkie, to kupujemy czekoladę, gdy na słone – kiełbasę, a jeśli jesteśmy smutni czy weseli, to włączamy dostosowane do tych stanów płyty. Na co dzień słuchamy różnych rzeczy i uważamy, że jest w Polsce mnóstwo zajebistej muzy. Gdy ktoś mi mówi, że nasza płyta nie jest tak zajebiście wyprodukowana, żeby taki hajp zbierać, to nie będę się z nim kłócił, ale wydaje nam się, że broni się ona dzięki tym uczuciom, które w nią włożyliśmy, że przed tym nie da się zamknąć drzwi.

 

Te emocje są uniwersalne i najprawdopodobniej od zarania ludzkości te same, jednak kolejne pokolenia znajdują nowe formy ich ujścia.

 

Wojtek: Dużo w tym jest kodu, który wgryza się w nasze DNA od małego, kiedy żyjemy w danym czasie, społeczeństwie czy kręgu kulturowym. Mieszkaniec Chin może się wzruszyć przy jakimś siedmiotonie zestawionym z innym siedmiotonem, ale dla nas to będzie dysonans. Pewne rzeczy są jednak uniwersalne. Każda częstotliwość ma jakieś emocje powiązanych z nią przez wieki. Trudno sobie wyobrazić coś superwesołego zagranego tylko na basie i coś superciężkiego na samych sopranach. Wiele rzeczy zakodowała w nas sama przyroda – pisk ptaków towarzyszy raczej przyjemnym i spokojnym chwilom, basy natomiast mniej przyjemnym – burzom i trzęsieniom ziemi. Nie da się z tym dyskutować, a dodatkowo my w Polsce mamy też swój język. Ja uczyłem się go obsługiwać, tworząc muzykę, która miała wywoływać konkretne i silne emocje, a Łukasz wertując stosy starych – również polskich – płyt winylowych.

 

Znakiem rozpoznawczym Rys jest też taneczny rytm.

 

Łukasz: Tak, chcieliśmy, żeby przy tej muzyce można było mieć wiksę i jechać w szał. To jest pochodna tych tonacji straceńczych, smutno-szczęśliwych – jeśli idziesz na imprezę, chcesz zapomnieć, oderwać, spalasz się. Jest ci dobrze, ale jednocześnie robisz coś złego i prędzej czy później poczujesz się podle. Takie zatracenie w melodii i emocjonalności dobrze wpisało nam się w taniec. Może to też trochę znak naszych czasów, bo tego typu spalanie się słychać i u Niemców z Moderat, i u Angoli z Mount Kimbie i… jak tu Polak ma się w to nie wpisać, z tym rysem swoim ułańskim, romantycznym. Bardzo tę sferę emocjonalności eksplorowaliśmy w Rysach i zrobiliśmy to bez żadnych kompromisów. Chcieliśmy być w tych emocjach cali, bez reszty.

 

Ramię w ramię z kreatywnością w muzyce elektronicznej idzie zwykle sprzęt. Korzystaliście z jakichś szczególnych maszyn czy zabiegów?

 

Wojtek: Z tymi emocjami, które staraliśmy się przekaza, znakomicie skorelowały się dwa urządzenia – Sherman Filterbank i preamp Thermionic Culture Rooster. Oba mają to do siebie, że z uładzonych brzmień robią hardkorowe, ale nie w taki sposób jak z gitarami – one dodają dźwiękowi element desperacji. Zwykłe pianinko przepuszczone przez te urządzenia brzmi, jakby wołało o pomoc. To słychać np. w „Bracie” albo w „The Fib”, w tym motywie na samym końcu, który dzięki „generatorowi histerii” staje się dziki. I nie dość, że wszystkie melodie były komponowane w tej specyficznej zawieszonej emocji, to później dopięliśmy je produkcyjnie, nadając im rave’owy, przesterowy, niedoskonały i zaszumiony sznyt niknący gdzieś w pogłosach.

 

Skoro już w samych dźwiękach zawarliście tyle ekshibicjonistycznych wręcz emocji, to jak wyglądała praca nad partiami wokalnymi? Mieliście jakiś wpływ na ich tematykę czy też same teksty?

 

Wojtek: Nigdy nie ingerowaliśmy w żadne słowo. Justyna i Bartek mają w sobie – powiem szczerze i mamy nadzieję, że się za to na nas nie obrażą – pewien tragiczny rys. Justyna ma wiele świeżości i dziewczęcości, ale jej piosenki są kwaśne i gorzkie. Bartekto samo – jest miłym i uśmiechniętym gościem, ale kryje się w nim niezły demon. Jego teksty dają temu upust. Oboje nie są w „naszym” świecie, to nie jest nasz język, realizuje się innymi słowami, których my pewnie byśmy nie użyli, ale łączy nas pewna wrażliwość. Oni są swoi, zgodni ze swoim pokoleniem. Uderzamy w te same nutki, w tę samą dziwną, zawieszoną emocję.

 

Czy waszym zdaniem jest miejsce na te „nutki i emocje” w naszym krajowym, popowym głównym nurcie?

 

Łukasz: Chyba nie do końca. To jest kwestia pokoleniowa ale też językowa. W radiu potrzebne są piosenki, które mają słowa po polsku czy też jakiekolwiek słowa, tymczasem nasze kolejne rzeczy będą już bez wokali. I tu już pojawiają się jakieś dziwne ograniczenia, więc my chętnie zostaniemy sobie w tym pół-popie, pośród ludzi, którzy myślą i czują podobnie do nas. Poza tym nie chcielibyśmy zrezygnować z tego fajnego zawieszenia, które nas najbardziej kręci. Żeby być w  głównym nurcie, trzeba być bardziej dosłownym. Kiedy słyszymy topowe pozycje z polskich list przebojów, to nie zastanawiamy się przecież, czy to jest smutne czy wesołe. Nadzieją napawa fakt, że na Zachodzie artyści pokroju Jamesa Blake’a czy Grimes potrafią zaistnieć w szerszej świadomości, choć są nieoczywiści. Być może za kilka lat taka możliwość pojawi się również na rodzimym gruncie.

 

Bio:

Rysy – duet producencki, w skład którego wchodzi Wojtek Urbański i Łukasz Stachurko, współpracujący z takimi wokalistami jak Justyna Święs, Baash czy Natalia Nykiel.    Wojtek po kilku latach działalności na scenie hip-hop/new grooves i wydaniu EP-ki w Compost Records zaczął pracować nad komercyjnymi zleceniami i słuchowiskami (m.in. „Blade Runner” czy „Karaluchy”). W tym czasie Łukasz łączył pracę poza branża ze swoją dźwiękową pasją realizowaną pod aliasem Sonar Soul. W czerwcu tego roku wydali swoją pierwszą wspólną EP-kę „Ego”, a w sierpniu debiutancki album „Traveler”. Od tamtej pory intensywnie koncertują przed rosnącymi z miesiąca na miesiąc zastępami fanów.

 

Rozmawiał Filip Kalinowski